sobota, 16 sierpnia 2014

20. Przecież go nie uderzą, prawda?

Głupia, głupia, głupia. Głupia ja. Jak mogłam się nie domyślić? Jak to możliwe, że pierwszą osobą jaka mi przyszła do głowy kiedy dostałam te przeklęte kwiaty nie był Marinus? Nie, ja spokojnie sobie myślałam, że to od Severina i machałam na to ręką. No bo co mogło się wydarzyć między mną, a Severinem, jeśli ja normalnie nie mam z nim prawie kontaktu?
Dlaczego kiedy Heinz powiedział, że kwiaty przysłał 'dobry chłopak' mi nie zapaliła się lampka ostrzegawcza, że kto normalny powiedział by tak o Freundzie?
Brawo Jankowska, twój nieogar przebił wszystko.
- W porządku?
- Co?
- Odpłynęłaś, pytam czy w porządku.
- Tak, Heinz, jest ok.
- Co się stało?
- Poznałam Małego Bawarczyka.
Kuttin głośno zatrzaskuje segregator, w którym przyniosłam mu sprawozdanie z przygotowania fizycznego zawodników i wstaje. Podchodzi do drzwi, delikatnie je zamyka, a następnie odwraca się w moją stronę i patrzy na mnie wyczekująco.
- Mów.
- Ja nie wiem! – zaczynam histeryzować. - Nie mam pojęcia co mam o tym wszystkim myśleć! W życiu bym nie pomyślała, że to może być Marinus! I teraz w czoło się biję, że na to nie wpadłam! Przecież to było takie proste! I uwielbiam go, naprawdę! Może nawet na swój sposób kocham, ale no przecież... No przecież wiesz...
- Michael – dopowiada trener.
- Dokładnie, Michi – potwierdzam zrezygnowana. - Jestem z nim od tych sześciu miesięcy i jest super. Jest tak jak powinno być. Czasem się kłócimy i nie mogę już na niego patrzeć. Wkurza mnie momentami ta jego troska, że biega za mną z szalikiem, żebym się nie przeziębiła. Mam ochotę mu wtedy wykrzyczeć, że mamy tyle samo lat, więc ma przestać traktować mnie jak dziecko. Ale po każdej burzy przychodzi tęcza, prawda? I tak jest też u nas. Nie chcę ranić Marinusa, ale dobrze mi z Hayboeckiem.
- Ciężka sprawa – podsumowuje Heinz. - Bo nie możesz Krausowi powiedzieć, że jesteś z Hayboeckiem i że ta cała sytuacja nie ma przyszłości.
- No właśnie.
- Ale z drugiej strony musisz mu powiedzieć cokolwiek, bo inaczej on będzie się starał, walczył, a Michi w tym samym czasie dostanie wścieklizny.
- Dzięki Heinz, bardzo mi pomogłeś – ironizuję.
- Co mogę ci powiedzieć? - wzrusza ramionami. - Ja się znam na skokach, nie na facetach. W życiu nie miałem takiej sytuacji jak ty.
- I może Bogu dzięki – prycham.
- Możliwe – potwierdza. - Moja Jaqueline...
- Kto?
- Moja żona!
- Twoja żona ma na imię Jaqueline?
- Dziwacznie, co nie? - pyta Kuttin z rozbrajającym uśmiechem. - W każdym razie, moja Jaqueline była jedyną głupią, która chciała na mnie spojrzeć, kiedy zgoliłem wąsa!
- Miałeś wąsy? - dziwię się jeszcze bardziej.
- Ah tak, ciebie wtedy nie było – przypomina sobie Heinz. - Miałem, miałem! Potem musiałem zgolić, bo nie wiem czy wiesz, ale wąsy są strasznie niepraktyczne w upały!
- Nie wiedziałam, w życiu nie miałam wąsów – śmieję się.
- W takim razie musisz mi zaufać! Wracając do meritum! Musisz przyhamować Krausa, ale nie odrzucić!
- Dlaczego nie? Mówiłam, że dobrze mi z Michim...
- Ok, nie twierdzę, że nie. Ale możesz potrzebować pomocy, a Mari na pewno ci pomoże.

- Co u Megi? - pytam Fettnera, w czasie kiedy go regeneruje po treningu na siłowni. Hayboeck leży rozwalony na moim łóżku i znudzony, czekając na swoją kolej, skacze po kanałach w telewizorze.
- Ona chyba chciałaby wyjść za mąż – odpowiada niepewnie Manuel.
- A ty?
- A ja jej nie bronie – prycha śmiechem i przybija sobie z Michim żółwika w powietrzu.
- Co ty masz w głowie kretynie? - rzucam poklepując go otwartą dłonią po czole. - Ile wy jesteście razem?
- O, krótko – odpowiada. - Cztery... Nie, pięć lat.
- I to jest krótko? - śmieje się Hayboeck.
- Wiesz ile Gregor jest z Sandrą? Sześć lat! To są dopiero długodystansowcy!
- A to nie, sorry – rzucam. - Ten rok zmienia wszystko!
W tym momencie otwierają się drzwi od pokoju i wpada zapłakana Tynka. Rzuca się na łózko i chowa głowę w poduszce. W pokoju nastaje cisza, którą przerywa tylko cichy głos z telewizora i chlipanie mojej siostry.
- Tynka? - zaczynam cicho podchodząc do niej, a chłopcy uważnie obserwują całą sytuację. - Tyniol, co się stało?
- Nic – odpowiada mi jej zduszony głos.
- Ja pierdole, Jankowska – wkurza się Michi. - Jesteś gorsza niż twoja siostra! - jednym ruchem odwraca Młodą twarzą do nas. - Mów!
- Nic wam nie powiem!
- To nie – wzrusza ramionami Hayboeck i wraca na łóżko.
- Kraft ze mną zerwał – rzuca zrozpaczona z miną zbitego psa.
- Temu to się w dupie poprzewracało – mruczy Manuel kiwając głową z uznaniem.
- Powiedział, że musi przemyśleć czy to ma jakikolwiek sens i czy nasz związek jest przyszłościowy!
- Przecież Kraft ma z 15 lat! - wykrzykuję. - O jakiej przyszłości on mówi?!
Tynka wzrusza ramionami i na nowo zalewa się łzami.
- Myśliciel się znalazł – prycha Michi. - Dobra, Jankowska! Nie becz, bo wyglądasz wtedy gorzej niż zwykle...
Rzucam mu ostre spojrzenie, ale tylko wysyła mi buziaka w powietrzu.
- Manu zbieraj się – komunikuje dalej Hayboeck. - Idziemy przemówić Kraftowi do rozsądku!
- I co mu geniusze powiecie? - pytam w czasie kiedy Fettner zakłada spodnie.
- Kto powiedział że będziemy rozmawiać? - śmieje się brunet. - Damy mu ze 3 razy w mordę i od razu zmądrzeje!
- Nie możecie...
- Mogą, mogą – wtrąca się moja siostra.
- Tynka!
- No co? Zasłużył!
- Za bójki w kadrze możecie wylecieć – oznajmiam niezadowolona.
- Przecież nas nie sprzedasz – uśmiecha się przebiegle Manu. Dostaję od niego buziaka w czoło i obaj wychodzą.
- To się źle skończy! Im się wydaje, że to wszystko jest takie zajebiście zabawne - mruczę zakładając kurtkę.
- Przecież go nie uderzą, prawda?
- Sama dałaś im zgodę – wzruszam ramionami i kieruje się do drzwi. - Nie wiem. Nie wiem na ile sobie pozwolą.
- A ty dokąd? - pyta mnie zdziwiona Tynka.
- Przewietrzyć się – rzucam przez zęby i wymijając ją wychodzę na korytarz.
Przez chwile nawet przeszło mi przez myśl, żeby iść do Diessa i mu wszystko powiedzieć. Praca z nimi naprawdę zaczyna mnie męczyć. Do wszystkiego podchodzą tak lekko, bez żadnej odpowiedzialności, na zasadzie 'jakoś to będzie'. Fettner może Krafta nie uderzy, ale Michi? Michi może to zrobić, zwłaszcza, że mimo złośliwości traktuje Tynkę jak młodszą siostrę. Wychodzą sobie w trakcie regeneracji, jakby to wcale nie było ważne. Urgh, dzieciaki!
Wychodzę na zewnątrz zła jak osa i siadam na ławeczce ustawionej przed wejściem. I wtedy widzę kogoś, o kogo spotkaniu marzyłam w tym momencie.
-Ej, Wellinga! Zatrzymaj na chwilę ten chudy tyłek!

*****
Bardzo się cieszę, że chociaż po części przypadł wam do gustu Marinus ;) Szczerze powiedziawszy chodził mi po głowie Sev, ale to by było zbyt oczywiste, prawda? Mam nadzieję, że jesteście i ciągle będziecie z Michim, Tysią i Bawarczykiem ;)

środa, 13 sierpnia 2014

19. Lubię cię Tyśka.

Uwaga!
Rozdział zawiera długo oczekiwanego Bawarczyka!


- Nie mamy państwa na liście – oznajmia nam wolontariuszka z Austriackiego Domu w Sochi.
- Oszaleję – mruczę pod nosem. - Tynka, błagam cię, zrób coś.
- Jak to, nie ma nas na liście? - pyta moja siostra.
- No normalnie – prycha dziewczyna.
No i przegięła. Tynki nie traktuje się jak idiotki, bo kara za to jest nad wyraz surowa!
- Posłuchaj mnie kwiatuszku – zaczyna przyciągając do siebie Gregora. - Zdajesz sobie sprawę, kto to jest? Gregor Schlierenzauer! Twoja wątłych rozmiarów mózgownica kiedykolwiek słyszała to nazwisko? Wyobrażasz sobie Olimpiadę, bez Schlierenzauera? Bo ja na przykład nie. Więc zanim poziom wkurwienia w moim organizmie osiągnie kosmiczny poziom i zadzwonię do twojego szefa, sprawdź proszę jeszcze raz na liście, czy na pewno tej drużyny tam nie ma! Nie po to leciałam tu Bóg wie ile godzin, żeby teraz jakaś żaba w uniformie mówiła mi, że nie mam gdzie spać!
Na twarzach całej kadry błądzą złośliwe uśmieszki, ale nikt nic nie mówi. Wolontariuszka bierze głęboki oddech, każe nam czekać i znika gdzieś za recepcją.
- Skąd ty znasz tyle słów po angielsku? - pytam oniemiała.
- Słucham Eminema! - odpowiada z dumą Tynka, czym wywołuje ogólne rozbawienie.
Po chwili zjawia się kierowniczka naszego Domu i gorąco nas przepraszając rozdaje klucze do pokoi.
- Mówiłem, że twoja siostra nam się przyda – szepcze mi nad uchem Heinz, kierując się w stronę swojego lokum.
Może i ma rację.

- Telefon!
- Kto?
- Mama!
- Biegnę!
Wypluwam szybko pastę z ust i wracam do pokoju, gdzie czeka na mnie Michi. Tynka wyfrunęła gdzieś z Kraftem, więc mamy z Hayboeckiem czas tylko dla siebie. I dla mamy.
- Halo?
- Justyśka? - słyszę w słuchawce głos rodzicielki. - Czy mnie wzrok myli, czy na zdjęciach z Sochi jest Tyniol?
- Tak mamo, jest ze mną.
- Jak mogłaś?! - pyta mnie zrozpaczona. - Powinna studiować!
- Mamo, ona ma teraz ferie – tłumaczę, przewracając oczami. - Krzywda jej się nie dzieje.
- Ale w Rosji jest niebezpiecznie!
- Cudownie, że martwisz się tylko o nią – prycham.
- To nie tak, Justyśka!
Zabiję ją kiedyś za to 'Justyśka', przysięgam.
- A jak?
- Po prostu Martyna zniknęła mi z domu parę miesięcy temu, a ciebie nie mam tu już od lat. Najpierw studia, potem praca.
- Mamo – biorę głęboki oddech – dbam o nią, naprawdę. Obiecuję, że włos jej z głowy nie spadnie i zdąży na semestr na uczelnię. Inaczej zresztą nie pozwoliłabym jej jechać.
- No dobrze, już dobrze – słyszę, że trochę się uspokoiła. - A co u ciebie?
- Wiesz, trochę się spieszę na odprawę sztabu, zadzwonię do ciebie pod wieczór, hmm? - pytam. - Albo lepiej! Każe Tynce zadzwonić, żebyś była pewna, że jeszcze żyje!
- Tysia!
- Kocham cię mamo, paaa!
Rzucam telefon na łózko, a zaraz za nim opadam ja.
- Nic nie zrozumiałem, ale cholernie seksowny ten wasz język – oznajmia Michi siadając obok mnie.
- Seksowny? - pytam zdziwiony unosząc się na łokciach. - Słyszałam już, że brzmi jak beatbox, ale żeby był seksowny, to pierwsze słyszę.
- Jak beatbox może ty brzmisz – uśmiecha się do mnie i przyciąga, żeby mnie przytulić – bo wymawiasz miliard słów na minutę.
W tym momencie dzwoni jego telefon. Jak zwykle.
- Tak? Aha... No ok. Zasady to zasady. Lecę.
- Co jest? - pytam kiedy chłopak zaczyna wstawać.
- Diess dzwonił, że skoczkowie już powinni iść spać, więc gdzie ja się podziewam.
- Kocham Diessa, ponad wszystko – mruczę niezadowolona.
- A ja ciebie, wiesz? - pyta mnie z uśmiechem. Nachyla się i zaczyna całować.
- Idź już, bo będziesz miał problemy – uśmiecham się, kiedy już się ode mnie odrywa.
- Dobranoc Robaku – puszcza mi oczko. - Uściskaj gremlina na dobranoc.
- Idź już wariacie – śmieje się.
Wychodzi z pokoju, a ja rozkładam się na łóżku. Za chwilę wróci Tynka, bo Stefan też będzie zmuszony do pójścia spać. Co my będziemy robić? Polacy mieszkają za daleko, Norwegowie też, więc nawet z ich sztabem sobie nie posiedzimy. Pozostają nam Felix i Tim. Nagle słyszę, że coś się obiło o okno. Niee, pewnie mi się wydawało. Ale nie! Znowu! Podchodzę do okna i szeroko się uśmiecham.
- Co wy tu robicie? - pytam otwierając okno.
- Porywamy cię! – śmieje się Wellinger – Ubieraj się królewno!
Może i bym z nim nie poszła, ale był też Marinus, a jemu ufam w 100 procentach! Naciągam na nogi nogawki od grubego dresu, zakładam bluzę reprezentacji, bo na kurtkę jest za ciepło i uchylam drzwi na korytarz.
- Gdzie idziesz? - pyta mnie Tynka, z którą zderzam się zaraz potem.
- Zabawić się! Na razie Mała!
- Tysia!
- Cicho siedź!
Biegnę cicho przez korytarz i zawisam na barierce od schodów. Heinz i Alex siedzą na dole, więc muszę iść przyklejona do ściany, żeby mnie nie zauważyli. Delikatnie uchylam drzwi i po chwili już czuję na polikach chłodne powietrze Sochi.
- To gdzie idziemy? - pytam Niemców.
- Nie sądziliśmy, że z nami pójdziesz – śmieje się Marinus. - Na rozbieg kochanie, na rozbieg!
Więc się wspinamy. Jest strasznie dużo śniegu na schodkach, widać, że obiekt jeszcze nie jest do końca przygotowany do przyjęcia zawodników.
- Cholera! - krzyczę, po tym jak moja noga po raz kolejny zsunęła się ze schodka.
- Uważaj na siebie laska – śmieje się Wellinger łapiąc mnie, żebym nie zleciała.
W końcu jesteśmy na miejscu. Pierwszy na belce siada Marinus, za nim ja, a z drugiej strony asekuruje mnie Andreas.
- Wyciągaj – rzuca Kraus.
- Co? - pytam.
- Nie ty, on! - wskazuje na młodszego z Niemców.
Po chwili Wellinger wyciąga e-papierosa.
- No nie wierzę! – śmieje się – Sportowcy na olimpiadzie kuźwa!
- Nie marudź – prycha Marinus. - To twoja wina! Ty pierwsza dałaś mi tego spróbować!
Nie kłócę się, bo prawdopodobnie ma rację. Siedzimy na belce blisko godzinę i rozmawiamy. Zaskakuje mnie jak łatwo mogę z nimi rozmawiać i ile tematów mogę z nimi poruszyć. Opowiadam im o Diessie, o Tynce, o problemach moich rodziców. Oni z kolei o swojej kadrze, o sporach, o presji jaka na nich ciąży w związku z Olimpiadą. Schodząc z belki czuję się lżejsza o jakieś 20 kilogramów.
Jesteśmy już prawie na samym dole, kiedy Wellinger zauważa, że nie wziął z góry e-papierosa. Zapewniamy z Marinusem, że na niego poczekamy, ale ma iść po swoją zgubę, bo lepiej żeby nikt jej nie znalazł.
- Dobrze cię mieć znowu blisko – uśmiecha się do mnie Kraus.
- Przecież widzimy się non stop na zawodach – prycham śmiechem.
- Niby tak, ale nigdy cię nie ma – tłumaczy. - Zawsze gdzieś biegasz z chłopakami, ganiasz ich po jakiś pagórkach. Aż żałuję, że nie pracujesz z nami...
- No na razie próbowano mnie sprzedać tylko do Norwegów – ironizuję.
- Boże, gdybym ja miał cię w sztabie... - rozmarzył się Marinus. - Co tydzień byłbym na podium!
- Nie dałbyś rady!
- Jasne, że bym dał! Dla ciebie!
Co?
- Lubię cię Tyśka. – zaczyna i robi mały krok w moją stronę. - Bardzo cię lubię. Lubię to, że wszędzie cię pełno, że jesteś taka pewna siebie, że ciągle się śmiejesz i że walczysz o swoich zawodników, jak mało kto. Że nie zwracasz uwagi na to jak wyglądasz i mimo to, zawsze wyglądasz pięknie. To naprawdę sprawia, że cię lubię.
Z każdym kolejnym powodem był coraz bliżej mnie, więc aktualnie stoimy twarzą w twarz, a nasze nosy dzieli kilkanaście milimetrów.
- Mari, co...
Ale nie jestem w stanie dokończyć, bo składa na moich ustach delikatny pocałunek. I na Boga, jak on całuje! Stoję jak sparaliżowana. Nie wczuwam się, ale też nie odpycham go od siebie. Mam taki mętlik w głowie, że nie mam pojęcia co zrobić.
W końcu odsuwam się od niego delikatnie i przez dłuższą chwilę patrzymy na siebie z paniką w oczach.
- Mam kogoś – zaczynam. - I chyba mi z nim dobrze...
- Poczekam – zapewnia Kraus.
- Ja... Ja chyba już pójdę – mruczę pod nosem i ruszam w kierunku Domu Austriackiego. Po przejściu kilkunastu metrów i odwracam się w jego stronę. Cały czas na mnie patrzy. - Dziękuję za kwiaty!
- Podobały się? - zmusza się do delikatnego uśmiechu.
- Były śliczne – potwierdzam i ruszam do bazy Austriaków.

*****
TADAM! BUM! 
I inne tego typu dźwięki! Jestem przygotowana na okrzyki niezadowolenia! Walcie śmiało ;D

niedziela, 10 sierpnia 2014

18. Nagle taka mądra jesteś, tak?

- Więcej podkładu!
- Zapchamy mu pory i będzie wyglądał jak zatynkowany!
- Nie zapychajcie mi porów!
- To się będziesz świecił!
- Na litość boską, urwanie głowy z tymi dziadami!
Uśmiecham się pod nosem w czasie kiedy jakaś starsza pani maluje mi oczy. Jesteśmy z chłopakami na sesji zdjęciowej dla austriackiego Przeglądu Sportowego przed wyjazdem na Igrzyska do Sochi.
- Tysia, ratuj! - krzyczy Gregor siedzący dwa krzesła ode mnie. - Chcą mi zapchać pory!
- Jestem twoją fizjoterapeutką, a nie nianią – prycham.
- A to nie to samo? - dziwi się.
- Wygładzą cię komputerowo, nic się nie martw – staram się go pocieszyć.
- Jak ty z nimi kochanie wytrzymujesz? - pyta mnie makijażystka, która zajmuje się moja twarzą.
- Kwestia przyzwyczajenia, wie pani – uśmiecham się.
- Schlierenzauer jest u nas na sesji trzeci raz i za każdym razem jest ta sama afera!
- Bo za każdym razem wyglądam jak figura woskowa! - broni się Gregor.
- A na zdjęciach jest pięknie – zapewnia go kobieta.
- Taak?
Obie kiwamy głową, żeby go zapewnić o jego powalającej aparycji.
- No niech będzie – rzuca i schodzi ze swojego krzesełka, żeby iść wybrać strój.
- Zawsze działa – uśmiecha się makijażystka.
- Zapraszam do mnie kochani! - krzyczy kierownik sesji. - Omówimy ujęcia!
Wszyscy schodzą się powoli, aby wysłuchać całej litanii na temat ustawiania się lepszym profilem do zdjęć. Gregor, Michi i Stefan nadal biegają po planie w bokserkach, ale Manu i Thomas są już prawie kompletnie ubrani w elegancko skrojone garnitury.
- No dzieciaki! - pojawia się Kuttin dopinając mankiety od koszuli. - Nie róbcie mi wstydu! Mordy w kubeł i skupcie się!
Kierownik planu przez chwilę patrzy w milczeniu na naszego trenera, ale widząc, że jego mowa podziałała zaczyna swój monolog.
- Zaczynamy od zdjęć indywidualnych, portretowych trenera Kuttina i trenera Diessa. Zawodnicy zdjęć indywidualnych nie będą mieli, ponieważ chcemy się skupić na nich jako na grupie, a nie pojedynczych jednostkach. Kolejne zdjęcie to fizjoterapeutka Justyna, razem z serwisemenami Felixem i Timem. To nie będzie zdjęcie portretowe. Pokażemy was od góry do dołu. Justyna będzie stała między kolegami, opierając się nonszalancko o ich ramiona, a koledzy będą stać w pozie jakby byli ochroniarzami. Teraz zawodnicy. Bedziecie w scenerii rodem z eleganckiego klubu dla gentelmanów. Wiecie, biblioteczka, cygara, drogie alkohole i eleganckie fotele. Macie być poważni. Koledzy wiedzą co znaczy poważni? Tak? No to klasa! Wiecie jak się robi klasyczny bitchface? No to tak macie robić! Ostatnie zdjęcie zrobimy na dworcu kolejowym.
- Na dworcu? - powtarza zdziwiony Thomas.
- Tak. To będzie zdjęcie zawodników i Justyny, jako że opinia publiczna domaga się waszych wspólnych zdjęć. Pojedziemy na dworzec, gdzie zrobimy zdjęcie przedstawiające zawodników idących i uginających się pod ciężarem walizek i nart, a przed nimi kroczyć będzie Justyna, w swojej sukience jak prawdziwa dama, za którą mężczyźni wszystko noszą. Justyna będzie patrzeć prosto w obiektyw, z bardzo pewną miną. Wszystko jasne?
Kiwamy głową, że jak najbardziej, więc wszyscy się rozchodzą, żeby skończyć się ubierać albo malować. Jakaś młoda dziewczyna przynosi mi sukienkę i buty. Zabieram zestaw do garderoby, żeby się przebrać. Niestety, nadal mam wałki na włosach, więc muszę zawołać dziewczynę z powrotem, żeby mi pomogła.
- Jest krótka – rzucam przeglądając się w lustrze. - Jest bardzo krótka. - Dodaje odwracając się wokół własnej osi.
- Jest seksowna – oznajmia dziewczyna z uśmiechem. - Wyglądasz jak milion dolarów!
Prycham śmiechem i wychodzę z garderoby. Zdjęcia Kuttina i Diessa już trwają. Staję między Thomasem i Manu, którzy podziwiają trenerów.
- Heinz zaraz pęknie ze śmiechu – oznajmia Morgi. - A miało być poważnie i elegancko!
- Nie wymagaj od niego, żeby był poważny – rzucam.
- O Tyś... O rany Tyśka! - Morgi właśnie zauważył jak wyglądam. - Będziesz miała w tym robione zdjęcia?
- Noo – spoglądam na siebie w dół – chyba tak.
- Zajebiście – uśmiecha się Manu podnosząc złośliwie brwi.
- Chodź kochanie, ułożymy do końca włosy – słyszę głos fryzjerki, więc ruszam za nią. Po drodze mijam Michiego, który nieudolnie próbuje zawiązać muchę.
- Daj mi to – proszę i kilkoma sprawnymi ruchami zawiązuję kawałek materiału, żeby wyglądał elegancko. W tym czasie Hayboeck mi się przygląda z otwartą buzią. - I zamknij pysiaczka – dodaje, palcem podnosząc mu dolną szczękę.
- Zawodnicy, proszę na plan – wykrzykuje kierownik sesji, więc wszyscy moi mężczyźni posłusznie ruszają przed aparat.


- Zajebiście to wyszło – uśmiecha się Tynka, kiedy na lotnisku czekamy na resztę kadry.
Bo nie wiem czy wiecie, ale do Sochi moja siostra leci razem z nami. Pojęcia nie mam dlaczego. Kuttin twierdzi, że potrzebujemy kogoś kto będzie się użerał ze wścibskimi mediami. Oznajmiłam, że kandydatura Tynki chyba nie jest najlepsza, ale trener uznał, że taki niewyparzony jęzor może nam się przydać. Mówisz, masz.
Przeglądamy właśnie numer Przeglądu Sportowego, w którym ukazała się sesja zdjęciowa i wywiady z całą kadrą.
- Nawet przedłużyli mi sukienkę – prycham śmiechem.
- Co?
- No bo dali mi taką super krótką sukienkę, co to mi ledwo tyłek zakrywała – tłumaczę jej. - No i wszystko było spoko, ale do zdjęcia z Felixem i Timem musiałam podnieść ręce, żeby oprzeć się o ich ramiona, więc sukienka automatycznie wjeżdżała trzy piętra wyżej.
- Mniemam, że chłopcy nie mieli nic przeciwko – uśmiecha się złośliwie Tynka. Jestem w stanie jedynie przewrócić oczami, bo nagle słychać niesamowity pisk. Odwracamy się z siostrą w kierunku jego źródła i naszym oczom ukazuje się Gregor otoczony fankami w wieku od 12 do 16 lat. W końcu nas zauważa i delikatnie ignorując dziewczęta rusza w naszą stronę.
- Cześć laski – rzuca kiedy jest już wystarczająco blisko. Najpierw nachyla się, żeby ucałować Tynkę, a potem mnie.
- Siemka – odpowiadamy z uśmiechem.
- Co macie? - pyta zaglądając nam w kubki. - Kawa, super!
I wyjmuje Tynce z ręki napój.
- Ależ jasne, częstuj się – rzuca ironicznie.
- Dzięki – uśmiecha się. - Gdzie macie Michiego? Bo domyślam się, że przyjechał z Wami.
- Bardziej my z nim – odpowiadam. - Stefan, jego brat nas tu przywiózł. Poszedł się chyba z nim pożegnać.
Jak na zawołanie pojawia się blondyn.
- Może troszkę papki Michi? - pyta uprzejmie moja siostra.
- A w łeb dawno nie dostałaś?
- Nie możesz uderzyć kobiety!
- Kobiety bym nie uderzył, gremlina i owszem!
- Nie nazywaj mnie gremlinem!
- Nazywajmy rzeczy po imieniu!
- Świnia!
- Możecie się uspokoić? - przerywam im w końcu.
- Nie chcę wiedzieć co się dzieje w waszym bloku po godzinach – Gregor kręci głową z rozbawieniem.
- Daj spokój w ogóle – przewracam oczami.
W ciągu 10 minut schodzi się reszta kadry, a złośliwa Megi przynosi Tynce i mnie melisę pod każdą możliwą postacią. Tak jakby co.
- Jako że mamy z nami Tynkę, chciałbym przypomnieć... - zaczyna Diess.
- O zakazie kontaktów intymnych między członkami kadry – dopowiadają chórem znudzeni zawodnicy.
- Tylko, że Tynka nie jest członkiem kadry – uśmiecham się przebiegle.
- W czasie Olimpiady jest – upiera się Alex.
- To pokaż mi, gdzie to jest zapisane – proponuję zakładając ręce na piersiach. Mężczyzna milczy. - Tak właśnie myślałam. Więc bądź tak dobry i się od niej odczep.
- Nagle taka mądra jesteś, tak? - naskakuje na mnie Diess.
- Tak, bo nie pozwolę, żeby jakiś facet z obsesją na punkcie własnych błędów i problemów atakował moją młodszą siostrę – krzyczę, a wokół nas zapada cisza. - Uwziąłeś się już na mnie, to jej daj spokój.
I ruszam w kierunku odprawy. Tynka stoi niepewnie, nie wiedząc czy ma iść za mną, czy zostać z chłopakami.
- Zostaw to nam – mruga do niej Morgi. - Ogarniemy ją szybciej niż ci się wydaje. A tymczasem, życzę udanego pierwszego dnia pracy – poklepuje ją po plecach i wskazuje na tłum dziennikarzy kroczących w kierunku drużyny.
Chłopcy ze śmiechem, pospiesznie ruszają za mną, zostawiając tym samym Tynkę na pastwę żądnych informacji dziennikarzy.

*****
Jestem! I postanowiłam, że jeszcze trochę tu zostanę! Sochi miało być opisane krótko i zwięźle, ale postanowiłam poświęcić Olimpiadzie kilka rozdziałów, więc ukaże się ich może 3,4 więcej niż planowałam :)
Prawda jest taka, że za bardzo polubiłam Tysię i Michiego, żeby się z nimi rozstawać!
Pytanie! Czy gdybym po zakończeniu tej historii pisała dalszy ciąg na zasadzie Pamiętników Heinza, to ktoś by to czytał? ;> bo tak mi wpadło do głowy i chciałabym poznać Wasze zdanie :)
Aha! Nie martwcie się Małym Bawarczykiem! Będzie, będzie! Choć pewnie zaskoczy Was jego rola :)
Buziaki!

środa, 6 sierpnia 2014

17. I podaj mi więcej tej papki kobieto!

9 dni. A dokładnie 9 dni, 7 godzin i 22 minuty potrzebował Michi, żeby obudzić się ze śpiączki. Powiecie, że to mało. Dla mnie to było najdłuższe 9 dni, 7 godzin i 22 minuty w całym życiu. Każdą minutę poświęcałam na to, żeby zapewniać samą siebie, że gorzej już nie będzie, że jego stan jest stabilny i że niedługo wróci ze mną do Innsbrucka.
W końcu parę dni po Nowym Roku nadchodzi to, na co zdaje mi się, że czekałam całą wieczność. Siedzę akurat na parapecie w szpitalnej sali Michiego. Na dworze jest już ciemno, ale gwiazdy świecą tak jasno, że pewnie można by iść bez żadnego dodatkowego oświetlenia i przy okazji się nie zabić.
- Tysia? - słyszę słaby głos. Uśmiecham się do okna przez łzy i czuję jak kamień spada mi z serca. Palce mocniej zaciskają mi się na kubku z herbatą, gdy odwracam wzrok w jego stronę. - Jesteś tu.
- A gdzie indziej miałabym być? - pytam.
- Podejdziesz do mnie? - odpowiada mi pytaniem. Odkładam kubek na parapet i podbiegam do jego łóżka. W jednej sekundzie przytulam go do siebie tak mocno jak to tylko możliwe.
- Tak się bałam – szepczę, a łzy zaczynają mi mimowolnie spływać po policzkach.
- Tlen mi odcinasz – słyszę jego słaby głos. Natychmiast puszczam go przerażona, ale on uśmiecha się do mnie łobuzersko. - Nie sądziłem, że tu będziesz.
- Dlaczego?
- Źle cię potraktowałem wtedy...
- Skończ – przerywam mu. - Miałeś pełne prawo się tak zachować. To ja powinnam cię przepraszać.
- Nie masz za co – śmieje się, po czym delikatnie pokasłuje. - Przecież nie zostawisz mnie dla Krausa, prawda?
Zaczynam się śmiać razem z nim i delikatnie pukam się w czoło.
- Powinnam zadzwonić do Heinza – informuję blondyna i wyciągam telefon z kieszeni, a drugą rekę trzymam bezpiecznie w jego dłoni. - Halo? Heinz? Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że Michi się obudził!
- Kochanie! Wychodzę! - słyszę w odpowiedzi stłumiony krzyk. - Nie, nie musisz mi zostawiać jabłecznika... Chciałbym przeżyć – dodaje cicho na końcu. - Daj mi pół godziny Tyśka i jestem!
- Tysiol – zaczyna Michi bawiąc się moją dłonią. - Pomożesz mi się z tego wygrzebać do Olimpiady?
- Nie dasz rady – kręcę głową z uśmiechem. - Jesteś młody, wystartujesz za cztery lata...
- Nie pytam cię o zdanie – przerywa mi. - Pytam czy mi pomożesz.

Więc ćwiczymy. Każdą wolną chwilę od zawodów spędzam z Michim, który został zesłany na przymusowy urlop.
- Masz – podaję mu jakąś papkę, którą kazała mu jeść dietetyczka.
- Obrzydlistwo – prycha mieszając łyżką w swoim obiedzie.
- Albo pizza albo Olimpiada – szczebiocze mu nad uchem Tynka. Natychmiast rzucam jej ostrzegawcze spojrzenie, ale ona tylko uśmiecha się złośliwie. - No przecież żartuję! Wiesz że trzymam za ciebie kciuki blondasie!
- Nie przywiozę ci pamiątki – mruczy Hayboeck zjadając odrobinę musu. - O fuuuj.
- Chryste, przecież to nie może być aż tak nie dobre! - wykrzykuję zabierając mu łyżkę z ręki. - Toż to same warzywka!
Biorę kęsa i zamieram. Paskudztwo! Ale przecież nie okażę tego blond cwaniakowi. Zmuszając się do dzielnej miny przełykam wszystko co miałam w buzi i zwracam się do Michiego.
- Pychoty!
Czuję się jakbym wypiła sok z cytryny. Order Uśmiechu dla mnie, proszę!
- O mało nie rzygnęłaś, widziałem – burczy Hayboeck i bierze kolejną łyżkę.
- To ja ci przygotuję koktajl! - wykrzykuje Tynka i rusza w kierunku miksera.
- Lubicie się nade mną znęcać, co?
- Chcemy ci pomóc! - rzucam oburzona. - Może byś docenił, hmm?
- Doceniam, doceniam – mruczy i bierze kolejną łyżkę. - Tylko dlaczego to musi tak smakować?
W tym momencie słyszymy dzwonek do drzwi. Tynka rusza do korytarza aby otworzyć i chwilę później wraca z Heinzem.
- Dlaczego on siedzi na piłce? - pyta zdziwiony Kuttin wchodząc do kuchni.
Nachylam się pod wyspę i rzeczywiście, Michi siedzi na dmuchanej piłce do ćwiczeń i trenuje równowagę.
- To jest skoczek, tego nie ogarniesz – macham ręką w odpowiedzi. - Co tam?
- Bo ja właśnie do Michaela! - uśmiecha się promiennie do blondyna. - Mogę? - wskazuje na krzesło barowe.
- Jasne – kiwa głową Hayboeck. - A papki by trener nie chciał? -podsuwa mu swoją miskę.
- Urgh, wygląda jak dzieło mojej żony – wzdryguje się Heinz.
- A widzi trener, a to akurat dzieło mojej żony – blondyn mruga do mnie łobuzersko, a ja tylko przewracam oczami.
- No, ale do rzeczy – Kuttin zaciera ręce, a Tynka stawia przed nim kubek z herbatą. - Za 3 dni musisz się pojawić na skoczni.
- No chyba nie po to, żeby skakać! – wykrzykuję oburzona.
- A po co innego chodzi się na skocznię? - pyta Michi i puka się w czoło.
- On 3 dni temu wyszedł ze szpitala – krzyczę.
- A ja za tydzień muszę podać skład na Olimpiadę – tłumaczy mi spokojnie trener. - Nie wezmę Michiego jeśli będzie skakał po 80 metrów na mamutach!
Robię obrażoną minę.
- To głupota.
- Dobra... Baby się trochę poobrażają i im przejdzie – rzuca Hayboeck i zwraca się do Kuttina. - Jesteśmy umówieni! Przyjde po treningu chłopaków!
- No ja chyba śnię – mruczę. - Mózg ci wyleciał przy tym upadku, czy jak?
- Nie marudź – rzuca w odpowiedzi. - I podaj mi więcej tej papki kobieto!

- To co byś chciała?
Stoimy z Michim w jednym z fast foodów w Innsbrucku. Hayboeck jest już po skokach na skoczni i poszło mu naprawdę bardzo dobrze, więc w nagrodę udaliśmy się w tajemnicy do restauracji, żeby jego żołądek odpoczął trochę od startych warzyw.
- Nie wiem – mruczę oglądając ofertę. - Coś grillowanego.
Blondyn idzie zamówić i wraca do mnie z paragonem, żeby oczekiwać na odebranie zamówienia. Stoję z zarzuconym kapturem na głowie, bo ustalmy sobie, że nie wyglądam zbyt wyjściowo. Naturalnie nie zabrałam kurtki z samochodu, więc trochę zmarzłam biegnąc do lokalu w samej bluzie, rurkach i butach typu emu.
Michi był jeszcze mądrzejszy i nawet nie wziął bluzy, a jedynie bluzkę z długim rękawem.
Staje naprzeciwko mnie i przyciąga do siebie za biodra.
- Tu są ludzie – uspokajam go śmiejąc się.
- No i? - pyta nachylając się do mnie i całując. - Jestem szczęśliwy, więc niech patrzą i zazdroszczą!
- Wariat – prycham.
- Zamówienie 326 – krzyczy pracownica. Michi odkleja się ode mnie i idzie odebrać naszą kolację.
- A teraz pojedziemy do mnie – mruczy zarzucając mi rękę na ramię, a ja obtaczam go swoją na wysokości pasa. - Zjemy coś i resztę wieczoru spędzimy w łózku.
Uśmiecham się i pozwalam, żeby mnie pocałował. Przed wejściem do mojego samochodu słyszę jakby dźwięk migawki, ale stwierdzam, że pewnie mi się wydawało. I wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo realny był ten dźwięk.

*****
Dzisiaj krótko, beznadziejnie i bez szczególnej akcji, ale musiałam zrobić taki rozdział przejściowy!
Powoli zbliżamy się do końca tego opowiadania moje drogie :) mam nadzieję, że będziecie dzielnie śledzić dalsze losy Tysi i Michiego :)
ENJOY!

sobota, 2 sierpnia 2014

16. (...) dla bezpieczeństwa będziemy go utrzymywać w śpiączce.

- Gdzieś ty była całe popołudnie? - wykrzykuje Michi wchodząc do mojego pokoju.
- Z Krausem na belce startowej! - odpowiadam podekscytowana z uśmiechem. - Rany jakie wy tam macie widoki! Coś pięknego!
- I byłaś tam z Krausem? - pyta podejrzliwie blondyn.
- No mówię przecież! Myślałam, że umrę ze strachu, ale na górze okazało się, że jest super.... Co masz taką minę?
- Nie nic...
- No widzę przecież – mówię. - O co chodzi?
- Nie podoba mi się, że byłaś tam z Marinusem. - odpowiada Michi.
- A jaki to problem?
- A taki, że on ostatnio coś za bardzo wokół ciebie skacze – prycha Hayboeck, a po jego minie widzę, że nie jest dobrze.
- Jezu, myślałam, że już rozwiązaliśmy tą kwestię, ale widzę że lubisz do niej wracać – przewracam oczami.
- Nie rób takich min – upomina mnie Michi. - Widzę przecież, że tobie się to podoba!
- Że się stara? - pytam. - Tak, podoba mi się! Ostatnio jakoś odwykłam od tego, że ktoś się stara!
- Nie przeginaj – warczy Hayboeck.
- Na litość boską Michi! Spotykamy się od pięciu miesięcy, a już jesteśmy pieprzonymi rutyniarzami! - krzyczę. - Teraz nagle pojawił się Kraus, to zaczynasz się pruć! I nie ukrywam, że trochę mnie to bawi...
- Bawi? Że walczę o swoje?
- O swoje? - dziwię się. - Bardzo elegancko to ująłeś, nie ma co!
- Jestem skoczkiem, a nie lingwistą! Nie podoba mi się to co się dzieje i nie chcę żebyś się z nim więcej widywała sam na sam.
- Bo co? - pytam wyzywająco.
- Justyna, bardzo cię proszę, nie przesadzaj – mówi spokojnym tonem Hayboeck, choć wiem, że za chwilę może wybuchnąć.
- Nie zabronisz mi się widywać ani z Marinusem, ani z żadnym innym Niemcem, jasne?!
- Nie zabraniam, proszę żebyś wzięła pod uwagę moje zdanie – wyjaśnia.
- A jeśli nie, to co?
- To może nie jesteśmy do siebie aż tak dobrze dopasowani jak mi się wcześniej wydawało – wyrzuca z siebie Hayboeck.
Nastaje długa chwila ciszy, w czasie której mierzymy się nawzajem lodowatymi spojrzeniami. Rozlega się pukanie do drzwi, ktoś naciska klamkę i w drzwiach pojawia się głowa Morgiego.
- Cześć Tysia... - zauważa nasze spojrzenia. - Eh, to może ja wpadnę później.
- Nie, nie – zatrzymuje go Michi. - My już właściwie skończyliśmy.
Odwraca się i rusza w kierunku korytarza.
- Ej, Hayboeck – krzyczę za nim. Zaszczyca mnie spojrzeniem, więc rzucam mu torebkę herbaty miętowej. Bez słowa ją łapie i wychodzi.
- Chcesz pogadać? - pyta Thomas.
- Może i bym chciała – wzruszam ramionami. - Ale za cholerę nie wiem, co mam ci powiedzieć. Kolano? Jak co wieczór?

- Dlaczego Michi się dzisiaj nie rozgrzewał z wszystkimi? - pyta mnie Felix.
Stoimy przy zeskoku, w czasie drugiego konkursu Turnieju Czterech Skoczni. Nasi w komplecie zakwalifikowali się do drugiej serii, a blondyn od zeszłego wieczoru nie zamienił ze mną nawet jednego słowa.
- Bo księżniczka Hayboeck się na mnie obraziła i odmówiła wzięcia udziału we wszelkich zajęciach – wzruszam ramionami.
- Pokłóciliście się? - dopytuje Tim.
- Yhm – mruczę zapisując wskazówki dla Krafta, które właśnie przekazał mi Heinz. Stefan aktualnie zajmuje pozycję lidera.
- To chyba lepiej by było, gdybyście sobie wszystko wyjaśnili, zamiast tak milczeć – sugeruje Tim nieśmiało.
- Szczerze? Potrzebne mi te jego dąsy teraz jak rybie ręcznik – prycham. - Więc jak ma się tak zachowywać, to niech lepiej już siedzi cicho.
W tym momencie ląduje Dawid Kubacki, który niestety nie jest w stanie ustać swojego skoku. Z lewej strony mija nas Łukasz Gębala, fizjoterapeuta reprezentacji Polski, który wbiega na zeskok, żeby pomóc swojemu podopiecznemu. Całe szczęście po chwili blondyn wstaje i z pomocą Łukasza, lekko kulejąc schodzą za barierki.
- Pomóc wam jakoś? - pytam kiedy już dochodzą na naszą wysokość.
- Jakbyś mogła poprosić Heinza, żeby przekazał Łukaszowi, że to tylko lekkie skręcenie, to byłbym wdzięczny – uśmiecha się Gębala. - A ja się już zajmę nogą.
- Jasne – rzucam i biorę do ręki krótkofalówkę. - Halo! Tu Maleństwo do Mamy Kangurzycy!
- Tu Mama Kangurzyca! - słyszę po chwili głos Kuttina. - Odbiór!
- Przekaż Kruczkowi, że Kubacki ma tylko lekko skręconą kostkę, poza tym wszystko jest ok.
- Uff, to całe szczęście! Już przekazuję!
- Załatwione – uśmiecham się do Gębali.
Na belce zasiada Wellinger, następnie Tepes, Żyła, Fannemel i w końcu Hayboeck.
Hayboeck po pierwszej serii zajmował siódme miejsce, ale do pierwszego miał stratę niewiele ponad osiem punktów, więc bez tragedii. I mimo że byłam na niego śmiertelnie obrażona, to całym sercem chciałam, żeby mu się udało.
Odepchnął się od belki po sygnale od Heinza i zaczął się rozpędzać. W idealnym momencie wybił się z progu. I wtedy się zaczęło... Najpierw dostał silnym podmuch z lewej strony, ale zdołał sobie z nim poradzić. Zaraz potem zawiało mu w plecy tak, że momentalnie uderzył o zeskok. Narty mu się wypięły i zjechały w bliżej nie określonych kierunkach. Sam Michi jeszcze trzy razy odbił się od zeskoku, zanim zaczął się po nim jednostajnie osuwać.
Mimo przerażenia, które mnie na chwilę sparaliżowało, zachowuję zimną krew, chwytam apteczkę i wbiegam na zeskok, zanim jeszcze bezwładne ciało Hayboecka całkowicie się zatrzymuje. Słyszę obok siebie kroki i widzę, że oprócz mnie biegną też Łukasz Gębala i Luka, fizjoterapeuta ekipy Słoweńskiej.
We trójkę dopadamy do blondyna.
- Michi! - krzyczę chwytając go za ramiona. - Hayboeck, do cholery, słyszysz mnie?!
Nie otrzymuję żadnej odpowiedzi, więc Luka przywołuje ratowników. Sprawdzamy mu z Łukaszem ręce i nogi, ale nic nie wskazuje na to, żeby były złamane. W końcu dobiegają do nas ratownicy i zajmują się się zapakowaniem chłopaka na nosze.
- Tysia, co z nim? - słyszę głos Kuttina z krótkofalówki.
- Nie wiem Heinz – odpowiadam ze łzami w oczach. - Naprawdę nie wiem...
- Ale jest przytomny?
- Nie – mruczę i wycieram pojedynczą łzę, która zaczyna mi spływać po policzku.
- Bądź dzielna – mówi mi i na odchodne słyszę jeszcze jak krzyczy. - Czy ktoś widział tego buraka Hofera? Jak mu w dupę nakopię za puszczanie skoczków w takich warunkach to mu ta mahoniowa opalenizna odpadnie!
Ratownicy zabierają mnie ze sobą karetką do szpitala. Na gorąco jestem w stanie wychwycić, że stan jest ciężki ale raczej stabilny, jednakże do pełnej diagnozy są potrzebne kompleksowe badania.
Więc czekam. Godzinę. Dwie. Odpowiadam na kilka telefonów, większość odrzucam. Rozmawiałam jedynie z Heinzem, Gregorem i Tynką. W końcu, gdy zbliża się godzina 20:00 pojawia się lekarz, który przyjął Hayboecka. Podnoszę się z miejsca, przy okazji rozlewając herbatę cytrynową zakupioną w automacie.
- I jak panie doktorze? - pytam.
- Nie będę owijał w bawełnę – odpowiada. - Jest źle. O ile nie bardzo źle. Ale stabilnie.
- Wyjdzie z tego?
- O, na pewno – uśmiecha się, a mi kamień spada z serca.
- Kiedy?
- Tego niestety nie jestem w stanie określić. Na razie dla bezpieczeństwa będziemy go utrzymywać w śpiączce.


*****
Haha! Zoe zaczyna psuć sielankę u Tysi i Michiego! Szykujcie się na więcej!

środa, 30 lipca 2014

15. Sprzedała nas dwulatka. Bomba.

Nadeszła moja długo wyczekiwana Wigilia. Ostatni oddech przed Turniejem Czterech Skoczni. Tynka pojechała do mamy do Zakopanego, a Michi do rodziny. Pewnie wyda wam się to dziwne, że wolę spędzić święta sama, ale przez ostatnie pół roku non stop ktoś mnie otacza, więc potrzebuje w końcu czasu tylko dla siebie. Poprosiłam siostrę, żeby wymyśliła jakąś bajeczkę dla mamy, a że Tynia kłamcą jest pierwszorzędnym to nie obawiam się, że mama się obrazi czy coś. Z tego co się orientuję, to nie przyjechałam bo mam wielki projekt do zrobienia i w sumie wpadłabym tylko na dwa dni i to bez sensu i wpadnę kiedy indziej na dłużej. Czy jakoś tak.
Robię sobie kakao i siadam na parapecie, żeby wyczekiwać pierwszej gwiazdkę na niebie. Jacyś spóźnialscy dopiero teraz niosą choinkę do mojego bloku. 
Chociaż, przyganiał kocioł garnkowi, ja choinki nie mam wcale.
- Tysiaaa! - słyszę odbierając telefon. Dzwoni moja siostra. - Jak tam mój mały samotniku?
- Było świetnie, dopóki nie usłyszałam twojego szczebiotu – odpowiadam złośliwie.
- Jeszcze za mną zatęsknisz, zobaczysz! - prycha. - Dziadek Kazik jest zawiedziony, że nie przyjechałaś.
- A widzisz! Dziadek Kazik jest jednym z powodów, dla których nie przyjechałam.
- Wiem – szepcze zniesmaczona Tynka. - Cały czas mlaska, wypytuje czy mamy chłopaków i sugeruje, że już na nas czas żeby zacząć rodzić dzieci!
- Chwała Bogu, że odpuściłam sobie tę przyjemność w tym roku – śmieje się i słyszę dzwonek do drzwi. - Ej Tynka, kończę. Pewnie jacyś kolędnicy. Już dzisiaj z trzynaście grup wysłuchałam...
Podchodzę do drzwi, biorę głęboki oddech i przyklejając sobie sztuczny uśmiech na twarz naciskam klamkę.
- Siema! - krzyczy do mnie z uśmiechem jakiś chłopak. I na litość boską, on wygląda jak Hayboeck! - Ty jesteś Tysia, tak?
Kiwam potwierdzająco głową.
- Super, Alex jestem – przedstawia się, wymija mnie i ładuje się w głąb mieszkania. Oniemiała odwracam się za nim.
- Cześć Alex, miło cię poznać – krzyczę.
Kimkolwiek jesteś...
Za chwilę w drzwiach staje jakaś blondynka. Na oko jest z dwa, może trzy lata starsza ode mnie i parę centymetrów wyższa.
- Cześć Tysia – sposób w jaki wymawia moje imię powoduje mimowolny uśmiech na mojej twarzy. Moi mężczyźni mówią to z taką wprawą, że zapomniałam, że Austriacy mogą mieć z tym problem. - Jestem Katrin. - odwraca się za siebie. - No dalej chłopaki, ruszcie się!
Oho, czyli są jeszcze jacyś chłopacy. Zajebiście. Szkoda, że nikt mnie o imprezie nie poinformował. Słyszę jakiś huk z głębi mieszkania, co oznacza, że mój nowy znajomy Alex chyba rozgościł się w kuchni. Za chwilę cała zagadka się rozwiązuje.
- Cześć Skarbie – uśmiecha się do mnie Michi, tachając na spółę ze swoją starszą kopią choinkę. To oni byli tymi nieszczęśnikami, których widziałam siedząc na parapecie. Odstawia drzewko na podłogę, podchodzi do mnie i całuje.
Kiedy w końcu się ode mnie odrywa, ostatni z przybyłych przedstawia się jako Stefan, starszy brat Michiego. Alex okazuje się najmłodszym z rodzeństwa, a Katrin jest dziewczyną Stefana. W sumie łatwo ogarnąć.
- Co wy tu właściwie robicie? - pytam, kiedy już układam sobie w głowie kto jest kim.
- Chyba nie myślałaś, że pozwolę ci spędzić święta samej? - uśmiecha się do mnie Michi.
- Nasi rodzice pojechali do dziadków – wyjaśnia Alex. - A że dla nas to raczej katorga niż przyjemność, to uznaliśmy że my pojedziemy zbawiać świat. W sensie ciebie.
- Bo nie chciałaś spędzić świąt u nas w domu – mówi z wyrzutem mój blondyn.
- Akurat ja jej się nie dziwie – mruczy Stefan rozplątując łańcuch na choinkę, który przywieźli. - Też bym się bał tak oficjalnie poznać całą rodzinę.
- Zwłaszcza, że wy chyba oficjalnie nawet nie jesteście parą – rzuca Alex ze złośliwym uśmiechem. Coś czuję, że mały gnojek dogadałby się z moją Tynką.
- Młody, szoruj podgrzać jedzenie, co? - uspokaja go szybko Katrin. Najmłodszy z braci rusza do kuchni, a dziewczyna zaraz za nim.
- Macie nawet jedzenie? - pytam niedowierzając.
- Mama nam dała wałówkę, jakbyśmy co najmniej małe państwo mieli wykarmić – śmieje się Michi.
- Choleraaa! - wykrzykuje Stefan. - Nie wziąłem lampek z samochodu. Minuta i jestem z powrotem.
I wybiega z mieszkania. Zostajemy więc z blondynem sami w pokoju. Michael wykorzystując sytuację przyciąga mnie do siebie.
- Wiesz jak za tobą tęskniłem?
- Nie widzieliśmy się aż trzy dni! - udaję przerażoną zarzucając mu ręce na szyję.
- Dziewczyno! To jak cała wieczność! Jeszcze ci kretyni moi bracia się ze mnie nabijali jak dziadek pytał 'A narzeczoną to ty już masz?'. A ja nie mogłem nic powiedzieć, bo dziadek by zaraz wszystkim wypaplał.
- A ty masz narzeczoną? - pytam zaskoczonym tonem. - I nic mi nie powiedziałeś?
- Nie no – prycha. - Ale będę miał, nie?

Nie uwierzycie. Pierwszy konkurs z serii Turnieju Czterech Skoczni wygrał Thomas Diethart. W drużynie zapanowała konsternacja. Nie żebyśmy się nie cieszyli. Ba! My się ogromnie cieszymy, ale... nikt się tego nie spodziewał. Thomas jest objawieniem sezonu i gdyby ktoś przed wyjazdem do Oberstdorfu kazał nam postawić na niego pieniądze, to byśmy się w czoło popukali.
- Wygrałeeeeem! - Thomas wbiega do domku naszej kadry, zaraz po ogłoszeniu wyników. Uśmiecham się szeroko i mocno go ściskam. Felix i Tim przybijają z nim piątki i chłopak już leci, żeby stanąć na podium.
- Nadal nie wiem co powiedzieć – mruczę pod nosem.
- Ja też nie – odpowiada Felix chowając narty chłopaków do pokrowców. - To znaczy, cieszę się, no ale... wow. Nie wiem.
- Proszę, jakie postępy uczynił Thomas! - to zadowolony z siebie Kuttin wkroczył do pomieszczenia. - To chyba święta tak wspaniale na nas wszystkich podziałały!
Na myśl o tym ile zjadłam przez święta robi mi się słabo. Szybko zbieram się w sobie i skupiam ponownie na obecnej sytuacji.
- I przeżyłeś potrawy przyszykowane przez twoją żonę? - pyta niewinnie Tim.
- Byliśmy u siostry mojej małżonki! - odpowiada radośnie Heinz. - Ja nie wiem, ta moja żona to chyba adoptowana jest! Tylko ona w tej rodzinie gotuje jakby chciała kogoś zabić! Reszta wie co robi! Ahh... Pójdę sobie udzielić kilku wywiadów! Pa!

'Mogę do ciebie wpaść pogadać?'
A co on się głupio pyta? Zawsze wpada bez zapowiedzi.
'Jasne'
Kończę myć zęby w mojej hotelowej łazience w Garmisch-Partenkirchen i słyszę pukanie do drzwi. Otwieram je i widzę Hayboecka z jakąś małą blondyneczką na rękach. Uśmiecha się niepewnie i wchodzi.
- Booo... Bo ja ci już dawno chciałem to powiedzieć – zaczyna, a ja czuję że kolana gwałtownie mi się uginają. - Poznaj moją córkę.
Szczęka opada mi do samej ziemi. Przyglądam się małej i może nawet jest do niego trochę podobna. Blond włosy, karnacja. Ale nie...
- Ile ma lat?
- Dwa – odpowiada cicho Hayboeck, a dziewczynka szeroko się do niego uśmiecha, więc Michi delikatnie odwzajemnia grymas.
- A matką jest...?
- Em – mruczy, a ja kiwam głową ze zrozumieniem.
O żesz kurwa. Ma dziecko! Ma śliczną, słodką córeczkę! I nic mi cham nie powiedział! 5 miesięcy się ze mną spotyka i nigdy nie miał chwili, żeby mi powiedzieć, że gdzieś po Austrii, może nawet po Innsbrucku biega jego dziecko?!
Kocham go, no ale na litość boską to trochę zmienia postać rzeczy!
Swoją drogą, siedzi u mnie prawie non stop. A w przerwach między jego wizytami u mnie, ja jestem u niego. I nigdy tego słodziaka nie widziałam.
- Wujek Michi! - krzyczy blondyneczka.
- Wujek? - powtarzam oniemiała.
- Kurczę, Lily! - wzdycha Hayboeck. - I nas teraz sprzedałaś, noo...
- Pepafam – rzuca słodziutkim głosem mała i wtula się w Michiego.
- Lily? - pytam. - To jest córeczka Thomasa?
- Yhm – uśmiecha się blondyn.
- Kochanie – nachylam się do dziewczynki. - Porwę na chwilę wujka Michiego, a ty tu zostaniesz i pobawisz się naklejkami, dobrze?
Kiwa głową, a ja podaję jej taśmy do kinesiotapingu. Jest wniebowzięta, bo są kolorowe i zaczyna się szarpać z pierwszym.
- Uwierzyłaś, no powiedz że uwierzyłaś – ekscytuje się Hayboeck, kiedy już stajemy w przyciasnym korytarzyku.
- Jeśli tobie się naprawdę wydaje, że to było zabawne to ja cię skieruję na jakieś badania – rzucam oschle. - Prawie zawału dostałam!
- W kwestii ojcostwa jestem dziewicą niemalże – zapewnia mnie.
- I chyba tylko w tej kwestii – mruczę, a on przyciąga mnie do siebie.
- Dzieci będę miał dopiero z tobą – informuje. - Pierwszego syna nazwiemy Alfred!
- Dlaczego Alfred? - dziwię się.
- Nie wiem – wzrusza ramionami – miałem kiedyś chomika Alfreda, podoba mi się to imię.
- Czy ty aby nie za dużo czasu spędzasz z Heinzem? - pytam, a on szeroko się uśmiecha. - W każdym razie, jeszcze jeden taki numer i cię tak urządzę, że skutecznie pozbawię cię możliwości posiadania dzieci.
- Aha, jasne – prycha kpiąco i delikatnie mnie całuje. Odrywa się ode mnie i wraca do Lily. - Ej, Tyśka! Zdejmij to z niej teraz!
Blondyneczka siedzi na środku mojego łóżka i od góry do dołu obklejona jest kolorowymi taśmami. Wzdycham głęboko i zaczynam z niej delikatnie ściągać plastry. Dobrze, że przykleiły się tak po prostu, a nie tak jak powinny, bo by mi tu płakała z bólu na potęgę.
- Daj nożyczki – nakazuję Michiemu wskazując na czarną torbę. 
Chłopak posłusznie wyciąga przyrząd i podaje mi.
- Nie ruszaj się Skarbie, dobrze? - proszę Lily i zaczynam jej odcinać, jak najmniejsze końcówki włosów, do których przykleiły jej się taśmy.
Ostatecznie lekko ostrzyżona jest gotowa do powrotu do taty. Michi bierze ją na ręce i wyruszamy na poszukiwania Morgiego.
Znajdujemy go w jego pokoju, który dzieli z Fettnerem, ale którego akurat nie ma.
- I co robiłaś z wujkiem? - pyta Thomas swojej córki biorąc ją na ręce.
- Byliśmy u cioci Tyszi – uśmiecha się do mnie kalecząc delikatnie moje imię. - Ja się bawiłam takimi kolorowymi naklejkami, a wujek przytulał ciocię i ją całował.
Oniemiały Morgi przenosi wzrok na nas i otwiera szeroko usta. Na jego twarz wkrada się uśmiech i złośliwość.
- Wiedziałem! No tak żem czuł! Ale daliście ciała! Przecież Lily wszystko powtarza!
Patrzę najpierw na niego, a potem na Michiego, który walczy ze sobą, żeby się nie roześmiać.
Sprzedała nas dwulatka. Bomba.

sobota, 26 lipca 2014

14. Z pamiętnika Heinza Kuttina (+ ogłoszenie!)

Na samym początku, chciałabym Was poinformować, że mi odbiło i założyłam nowego bloga! Serio, serio!
Zapraszam serdecznie:
http://becauseiprefercars.blogspot.com/
Każda konstruktywna opinia mile widziana!


Z pamiętnika Heinza Kuttina, 30 listopada 2014, 01:30, Kuusamo

Nie mogę spać. Cały czas wyją wilki. Choć wcale nie jestem pewny czy tu żyją wilki. Koniecznie muszę to sprawdzić. Wypełzam więc z łożka, narzucam szlafrok i ruszam na spacer po hotelu. Drzwi od pokoju Tysi są otwarte, świeci się światło, a z wnętrza słychać ciche śmiechy. Zaglądam i widzę moje dzieciaczki w składzie: Justyna, Michi i Manuel. Hayboeck leży na stole od masażu, a Manuel siedzi pod grzejnikiem z kubkiem kakao w dłoni.
- Trenerze! - wykrzykuje nagle Fettner. - Dlaczego trener nie śpi?
- Wilki wyją i nie mogę spać – odpowiadam i siadam na brzegu łózka.
- To nie wilki, to Manu – śmieje się Tysia rozmasowując Michiemu łydkę.
- Fascynujące – wykrzykuję. - Nie wiedziałem, że masz takie zdolności! Co ty tam pijesz? Czekoladę....?
Fettner zamiera.
- To ja mu dałam kakao – odzywa się Tyśka szybko. - Wiem, że nie powinnam, ale tak dobrze się dzisiaj spisał, że...
- Przecież nie mam pretensji – uśmiecham się. - Nie jestem Diessem. Brakuje mi parunastu kilogramów.
Cała trójka wybucha śmiechem.
- Dobra Hayboeck – rzuca Tysia. - Koniec. Zmiataj spać. Fettner, pakuj się tutaj.
Michi schodzi, a na jego miejscu pojawia się Manuel. Blondyn całuję dziewczynę w czoło na dobranoc, żegna się z wszystkimi i ziewając wychodzi do siebie.
- Poczekaj chwilę Manu, tylko sobie zrobię kakao – mruczy Tysia do bruneta. - Heinz, chcesz też?
- W sumie czemuż by nie? – uśmiecham się.
- Skoro masz trenera do pogawędek, to mogę iść spać? - pyta z nadzieją Fettner.
- I tak zawsze zasypiasz – prycha dziewczyna i po chwili podaje mi kubek z kakao.
- Zawsze tak długo to trwa? - pytam biorąc łyka.
- Która jest? - Tysia odwraca się, aby spojrzeć na zegar i zaczyna rozciągać Manuelowi mięśnie. - 1:30? To i tak nieźle nam dzisiaj poszło. O wpół do czwartej będzie po wszystkim. Normalnie kończę koło piątek, może szóstej rano.
- Na Boga! - wykrzykuję. - Nie wiedziałem! A zastanawiałem się, dlaczego ty zawsze rano wyglądasz jak zombie!
- Lubię twoje komplementy – prycha śmiechem dziewczyna.
- Zawsze Hayboeck i Fettner na koniec?
- Najczęściej – odpowiada wzruszając ramionami. - Choć jak wiem, że skończę jeszcze później to wolę, żeby ostatni był Gregor, najłatwiej go wyciągnąć z łóżka o czwartej rano.
- Jak ty ich znasz – kręcę głową z niedowierzaniem, a ona tylko się uśmiecha. - Ładne kwiaty!
Tysia rzuca spojrzenie na kosz czerwonych róż.
- Piękne, prawda? - pyta. - Ale pojęcia nie mam od kogo...
- Mogę zobaczyć liścik?
Skinieniem głowy Justyna wydaje zgodę. Podchodzę do bukietu i czytam karteczkę.
- To dobry chłopak – uśmiecham się. Patrzy na mnie zaskoczona.
- Wiesz od kogo są?
- Oczywiście! - wykrzykuję. - Bardzo łatwo zapamiętuję charaktery pisma!
- Więc? - patrzy na mnie zniecierpliwiona.
- Nie powiem ci – oznajmiam, a ona się załamuje. - Gdyby chciał, żebyś wiedziała, to by się chyba podpisał, prawda? To logiczne...
- Heinz, proszę cię... - zaczyna spokojnie.
- Nic nie powiem – zakładam ręce na piersiach kiwając głową. - Ale kiedy przyjdzie odpowiedni moment, to daj chłopakowi szansę. Bo wiesz, że obecny stan wiecznie trwać nie będzie...
Dziewczyna zamiera i patrzy na mnie z szokiem wymalowanym na twarzy. Uśmiecham się pogodnie.
- Myślałaś, że nie wiem? Fettner na pewno śpi?
Tysia pstryka mu parę razy w nos, ale Manuel reaguje jedynie kilkoma bąbelkami na ustach, więc dziewczyna potakuje głową.
- Ale w czasie rozmowy z Diessem... - zaczyna.
- Już wtedy wiedziałem – informuję. - Ale co miałem powiedzieć? Musiałem dać mu do zrozumienia, że przestrzegam zasad. A tak naprawdę mam w dupie zasady. I Diessa. A w szczególności zasady Diessa. Chodzi o to, że dopóki ja wiem, możecie robić co chcecie. Ale jeśli Alex się dowie, będę musiał cię zwolnić. Choć zrobię to z ciężkim sercem...
- A co do tych kwiatów...
- Dowiesz się w swoim czasie – uśmiecham się. - Daj mu szansę, kiedy będziesz potrzebowała pomocy. Naprawdę warto...



Z pamiętnika Heinza Kuttina, 30 listopada 2014, 21:30, Kuusamo

Odwołali konkurs. Gnoje. Choć nie, żebym się tego nie spodziewał. Postawiłem nawet na to pieniądze w zakładzie w Austrii. Tysia twierdzi, że to może być nielegalne. Kolejna rzecz do sprawdzenia.
Dzwonię do małżonki, żeby spytać co tam u niej. Podobno mamy mysz w domu. Bzdura. Myszy ciągną do jedzenia, ale nawet one nie są tak głupie, żeby zjeść coś co ugotowała moja żona. No nie ma kobieta talentu, nic się na to nie poradzi.
Hotelowa stołówka niestety nie przewiduje w tych godzinach wydawania posiłków, więc Tysia z Michim pojechali do pizzeri zamówić coś dla nas i Niemców. Osobiście wytypowałem Hayboecka do towarzyszenia Tyśce, niech mają chwilę dla siebie, a co! Należy im się!
Chłopcom się nudzi, więc postanowili przeprowadzić mi analizę psychologiczną.
- A ja wam mówię, że trener to był kiedyś podrywacz! - przekonuje wszystkich Gregor.
- Skoro już o tym mówimy, to nieskromnie muszę potwierdzić – uśmiecham się. - Dziewczyny mnie kiedyś kochały! Podrywałem wszystkie na moje krzaczaste wąsy...
- Miał trener wąsy?! - krzyczy przerażony Kraft.
- Owszem, owszem.... Jak nie przymierzając Polo Tajner!
- Niemożliwe – prycha Morgi kręcąc głową.
- A mnie się wydaje, że nawet kiedyś zdjęcie widziałem – wtrąca Severin. - Werner, wiesz coś na temat wąsów?
Schuster uśmiecha się pod nosem, ale nic nie mówi. W tym momencie odzywa się Gregorowa komórka.
- Halo? No... Poczekaj chwilę – odkłada na chwilę telefon od twarzy. - Tysia pyta czy wolicie pikantne czy łagodne sosy?
Niestety zdania są podzielone. Choć ja osobiście głosowałem, za pikantnymi. Świetnie przeczyszczają nos. Żaden katar nie straszny. A mieć katar zimą to katorga! Smarki zamarzają w nosie... Urgh, coś koszmarnego.
- Weź dwa takie i dwa takie – odpowiada w końcu Schlieri. - Tak... Tak... Pieczywo też. Nażremy się jak dzikie świnie...
Rzucam mu ostre spojrzenie.
- To znaczy, do syta – poprawia się. - Tak, radar trenera jest uruchomiony. No... Dobra, czekamy. Pa!
- Ta wasza Tysia do anioł, nie dziewczyna – uśmiecha się Schuster.
- Dobrze trener zaznaczył – rzuca Manuel. - NASZA Tysia. Łapska precz od niej.
- Fettner – rzucam oburzony. - Gdzie twoje maniery? Ja za ciebie oczami świecić nie będę!
- Przepraszam, ale ja się stresuję! Ponoć Norwegowie chcą ją nam podkupić!
- Możecie być spokojni – uśmiecha się Freund. - My cały skład mamy. Po prostu uważamy że jest śliczna...
- Tak tak – mruczy Fettner. - Jej urodę możecie podziwiać oczami. Ale tak jak mówiłem, łapska precz!
- Manu! - krzyczę przewracając oczami.
- Bardzo przepraszam, obiecuję, że jutro na bieganiu to odpokutuję.
- To może zrobimy konkurs karaoke? - proponuje Morgi.
- Oooo – zachwycam się. - Świetny pomysł! Jako dziecko byłem w harcerstwie! Umiem robić łódeczki z kory, kuchnie polowe, ale przede wszystkim znam mnóstwo piosenek!
- No trener to mnie nigdy nie przestanie zadziwiać – śmieje się Kraft. - Ma trener jeszcze jakieś talenty, o których nie wiemy?
- Pewnie! Umiem robić na szydełku...
- Na czym? - dziwi się Morgi.
- To coś jak druty, tylko że mniejsze i pojedyncze – wyjaśnia mu Gregor.
- Mógłby wam zrobić kombinezony na sezon zimowy, takie cieplutkie – śmieje się Wank.
- Przynajmniej bylibyśmy stylowi – prycha Diethart. - Wam już nic nie pomoże!
- Uuuu – rozlegają się buczenia.
- Spokój! - krzyczy Schuster. - To na początek, Heinz i ja! Uruchomcie konsolę!
Gregor razem z Wellingerem i Krausem grzecznie podłączają wszystko jak należy, podają Wernerowi i mnie mikrofony i zaczynają losowanie piosenki.
Wybór pada na Modern Talking i You're My Heart, You're My Soul. Nawet jeszcze nie zaczęliśmy, a chłopcy już pokładają się ze śmiechu.
- You're my heart, you're my soul, I keep it shining everywhere I go – śmiech zawodników zaczyna się robić histeryczny - You're my heart, you're my soul, I'll be holding you forever, stay with you together....
Wywijamy z Wernerem elegancko bioderkami w rytm muzyki, a gdy kończymy rozlega się burza oklasków.
- Nie będę mógł w nocy spać przez to – rzuca Manuel ciężko dysząc ze śmiechu i wycierając łzy z kącików oczu.
Następni w kolejce są najmłodsi w kadrach, więc do występu szykuje się Wellinger i Kraft. Złośliwy komputer losuje im Village People i YMCA. Duma mnie rozpiera, kiedy moje dzieciaczki postanawiają wesprzeć Thomasa w tej trudnej chwili i stają za nim, aby wykonywać układ choreograficzny. Piosenka się kończy, zaraz potem otwierają się drzwi i staje w nich obładowana siatkami Tysia, a zaraz za nią Hayboeck.
- Czy wy musicie tak miauczeć? - prycha śmiechem brunetka. - Na parkingu was słychać!
- Żałujcie, że nie słyszeliście jak trenerzy śpiewali You're My Heart – odpowiada Morgi zabierając od niej swoją porcję. - Zjemy, dołączycie do nas i konkurs trwa dalej!
- Hola, hola! - krzyczy Wellinger. - Tyśka nie jest Austriaczką, więc nie może do was dołączyć.
Chłopcy niechętnie przyznają mu rację i zajmują się jedzeniem. A ja obserwuję tą dwójkę, która przed chwilą przyszła tu z mrozu. Obserwuję ich czerwone policzki i ukradkowe spojrzenia. I wiem, że dobrze zrobiłem pozwalając im iść razem, bo potrzebowali chwili tylko dla siebie. Bo oni się kochają. I jeśli teraz to czytasz Alexie, to wiedz, że zrobię wszystko żeby nie pozwolić ci ich rozdzielić! A jeśli ci się uda to złamię ci drugą stopę, a łeb ukręcę przy samej dupie! Ot co!

*****
Kochane!
Przede wszystkim chciałabym zaznaczyć, że okazało się to trudniejsze niż myślałam, żeby pokazać cały rozdział z perspektywy Heinza. Jedna scena to pikuś, ale to... Nieważne. Mimo wszystko mam nadzieję, że się Wam spodoba ;)
Nie chciałam, żeby rozdział był oderwany od całości, więc w pierwszej części Kuttin jest dość poważnym człowiekiem, ale za to trochę się wyjaśnia ;) Druga część to już esencja Heinza!
Niestety nie mogłam pojechać na LGP z powodu pracy, ale dzielnie kibicuję naszym przed TV i muszę Wam się przyznać, że nie mogę patrzeć na Kuttina! Od razu mi się kojarzą tylko myszoskoczki, głupie teksty i jego nieogar ;) a on się wydaje całkiem konkretnym kolesiem ;D
Wstyd pisać, ale przed wczorajszym konkursem miałam wątpliwości czy skoki to nadal to co mnie kręci, a po wczorajszym znowu wpadłam jak kasztan w dżem (ktoś tak kiedyś napisał na blogu, nie pamiętam kto, ale pozdrawiam Autorkę! ;D) Ojejciu, jakie były emocje!
(Czy to tylko moje odczucie, że Michi trochę sepleni?)
Zostawiam Was z Heinzem i życzę miłego czytania! ;) Dajcie znać czy się podobało!


jakby co, to wszystkie prawa należą do Gregora Schlierenzauera. Jeszcze wpadnie poczytać, zobaczy swoje zdjęcie, zdenerwuje się i będzie kiszka. A po co takie nerwy, co nie? ;D)